Autor: Getty Images. Krwawienie podczas stosunku najczęściej jest spowodowane urazem tkanek. Radzę więc osobiście zgłosić się na badanie do ginekologa. Pamiętaj, że odpowiedź naszego eksperta ma charakter informacyjny i nie zastąpi wizyty u lekarza. Mijające miesiące obfitowały w telewizyjne incydenty. Padały zarówno lapsusy językowe, jak i dużo poważniejsze wpadki. Tak oto widzowie "Faktów" usłyszeli wulgaryzmy, Viki Gabor Co czułyście podczas pierwszego razu? Przez Gość szczesliwa2224, Kwiecień 12, 2015 w Dyskusja ogólna. Polecane posty. Gość szczesliwa2224 Gość szczesliwa2224 Goście; Ania przypadła mu do gustu od pierwszego spotkania i to w dodatku z wzajemnością. Oboje nawet nie próbowali ukryć, że byli sobą oczarowani i zafascynowani. Od razu się zaprzyjaźnili. . Poznawanie nowych osób jest dla Ciebie stresujące? Nie czujesz się pewnie, kiedy masz kogoś przedstawić albo Ty masz być komuś przedstawiona? Jeśli w takich sytuacjach często zastanawiasz się, kto jako pierwszy powinien wyciągnąć dłoń, poznaj savoir vivre powitań. Dzięki temu będziesz mogła pewniej uczestniczyć w spotkaniach biznesowych i bez przeszkód nawiązywać nowe znajomości. Kto się wita? O ile w przypadku rodziny czy znajomych, gafa może nam zostać wybaczona, to jeśli chodzi o spotkania biznesowe, powitanie czasem może okazać się kluczowe dla dalszego przebiegu spotkania. Tym bardziej, jeśli zostają nam przedstawione nowe osoby – w końcu pierwszego wrażenia nie da się zrobić po raz drugi, a jak wiadomo, ciężko wypracować swój pozytywny obraz w czyichś oczach, jeśli już na początku przedstawimy się nienajlepszej strony. Co więc zrobić, żeby spotkanie przebiegło pomyślnie? Zapamiętaj kilka podstawowych zasad savior vivre. Jeśli pracujemy w korporacji, jako pierwszy wita się ten, kto zajmuje wyższe stanowisko. Tutaj nie ma znaczenia ani wiek, ani płeć. Jeśli udajemy się na spotkanie służbowe z klientem, witamy się jako pierwsi, w myśl zasady “klient nasz Pan”(przynajmniej chwilowo, więc postarajmy się wypaść jak najlepiej). Jeśli w chodzimy do sklepu to my jesteśmy klientami, ale w drodze wyjątku od reguły, witamy się jako pierwsi. Zresztą, często: “Dzień dobry” ciśnie nam się na usta automatycznie, kiedy tylko przekraczamy próg butiku czy supermarketu. Jeśli chodzi o spotkania towarzyskie i rodzinne, młodsza osoba wita starszą, mężczyźni witają kobiety. Kto podaje dłoń? Pewnie niejednokrotnie zastanawiałaś się czy podać dłoń osobie, która właśnie pojawiła się w zasięgu Twojego wzroku. A może spotkałaś kogoś na ulicy i odwróciłaś wzrok, żeby uniknąć niezręcznego przywitania? Zdarzyło się, że automatycznie podałaś rękę a chwilę później zastanawiałaś się czy nie popełniłaś gafy i czy nie powinnaś była zaczekać, aż to ta druga osoba wyjdzie z inicjatywą? Mamy dla Ciebie kilka wskazówek, które pomogą uniknąć takich sytuacji w przyszłości. Jeśli wybieramy się na spotkanie z osobą wyższą rangą (np. szefem), to on powinien wyciągnąć dłoń jako pierwszy, nie odwrotnie. Jeśli idziemy na spotkanie z klientem, to również on powinien wyciągnąć rękę jako pierwszy. Jeśli spotykają się osoby, które mają porównywalne stanowiska, osoba starsza podaje rękę młodszej a kobieta mężczyźnie – tak, jak w przypadku towarzyskich spotkań. Uważaj na… wilgotne lub brudne dłonie – nic tak skutecznie nie psuje pierwszego wrażenia. Pamiętaj, żeby tuż przed spotkaniem zadbać o higienę, umyć dłonie. Nie pozostawiajmy po sobie negatywnych odczuć i niesmaku! W końcu, przecież nie chcemy, żeby osoba z którą rozmawiamy, marzyła o tym, żeby się odwrócić na pięcie i odejść, zbyt słaby lub zbyt mocny uścisk dłoni – warto zwrócić uwagę na to, żeby uścisk nie był zbyt słaby, bo wtedy możemy zostać odebrani jako osoby niepewne siebie, chwiejne, przestraszone. Najlepiej uścisnąć dłoń, pewnie, naturalnie (ale też nie za mocno). Dodatkowo… uśmiech może zdziałać cuda! całowanie dłoni – to oznaka szacunku dla kobiety, ale coraz częściej się od tego odchodzi, szczególnie w biznesie, całowanie w policzek – w dobrym guście jest cmoknięcie w powietrze, żeby nie narazić strefy osobistej naszego rozmówcy. Całujemy (najlepiej powietrze) dwa razy, w pracy i w lewy policzek. Masz za sobą sytuację, w której nie wiedziałaś jak się zachować podczas powitania? A może masz swój własny sposób, żeby wybrnąć z niekomfortowej sytuacji, kiedy nie jesteś pewien jaki będzie najlepszy sposób na powitanie lub kto powinien wyciągnąć dłoń jako pierwszy? Napisz o tym w komentarzu! Artykuł Cię zainteresował? Sprawdź także: Jak zrobić dobre pierwsze wrażenie? 5 wskazówek Świętowanie sukcesów trzeba zaczynać od listy sukcesów. Udzielanie informacji zwrotnej, w której najpierw mówię o tym, co było świetne, mam we krwi. Także w stosunku do siebie. Wczoraj i przedwczoraj było zatem chwalenie się sukcesami. Ale w tygodniu świętowania (czy też tygodniu szczerości, jak to nazwała jedna z Was) nie może zabraknąć informacji trudnych, krytycznych i przykrych. Podczas rozmów z tymi z Was, które chcą spróbować swoich sił w biznesie online, zawsze podkreślam, że jest to biznes jak każdy inny. Pojawią się porażki, pojawi wysiłek, pojawi krytyka. Pojawią się łzy i hejt. No dobra, może nie u każdej z Was będą łzy – może tylko u tych bardziej wrażliwych – u mnie w każdym razie były i na pewno jeszcze nie raz się pojawią. Dzisiaj chciałam Wam pokazać, jak wygląda prowadzenie PSC od strony trudności, błędów, wpadek i porażek. Od strony braku motywacji, zmęczenia i niemocy. Od strony krytyki, hejtu i (prawie) szaleństwa, bo tak też się zdarza. TRUDNE POCZĄTKI Na początku jest chaos 🙂 U mnie również był, choć i tak uważam, że miałam sporo szczęścia, bo co nieco już wiedziałam. Na przykład znałam program Canva, czyli program do robienia podstawowych grafik w sieci (był bezpłatny, co wówczas stanowiło jego największą zaletę). Wiedziałam też, że na moim nowo, właśnie powstającym blogu, chcę mieć logo! No bo cóż to za blog bez logo, prawda? Moje pierwsze i drugie logo wyglądało tak: Stworzyłam je w Canva. Szaleństwo, prawda? Ta wysublimowana czcionka! Te kolory zupełnie niemodyfikowane! Widać, że zabrała się za to nic niewiedząca o świecie grafiki ręka Budzyńskiej. Dopiero miesiąc temu (!) dowiedziałam się, że tworzenie logo w Canva jest nielegalne! Kolejna wersja logo została stworzona przez grafika i wyglądała tak: A jeszcze kolejna jest wersja, którą widzicie obecnie na blogu. Moje pierwsze banerki zachęcające do zakupu kursu wyglądały tak: Jak widać – były jeszcze bardziej „wysublimowane” niż moje logo 🙂 To tyle, jeśli chodzi o grafikę. TERAZ TEKST Moje teksty od początku cieszyły się dużą popularnością – szybko zdobywałam nowe czytelniczki, które udostępniały to, co miałam do przekazania. Pisały o mnie także inne blogerki, więc wieść o PSC się niosła. Pewnego dnia jeden z moich kolegów, redaktor, powiedział: „Piszesz, kurwa, zajebiście, ale bardzo potrzebujesz korektorki” (znowu przekleństwo na blogu, ale nic na to nie poradzę – tak właśnie powiedział!). Oczywiście przykro mi się zrobiło, ale to była prawda. Na szczęście później do akcji wkroczyła Elka Korektelka, ale tę historię poznacie jutro 🙂 IGNORANCJA JEST BŁOGOSŁAWIEŃSTWEM Przynajmniej w pewnych przypadkach. Pamiętam do dzisiaj okres, w którym tworzyłam swój pierwszy kurs online i nagrywałam wideo do kursu. Nie miałam pojęcia, jak od środka wygląda profesjonalny program, ponieważ w Polsce nie oferowano wówczas podobnych opcji (czuję wielką dumę, będąc prekursorką w tym temacie). Nie panowała jeszcze moda na tworzenie biznesów online (nie mam nic przeciwko takiej modzie – sama prowadzę taką działalność i bardzo ją sobie chwalę. Po prostu stwierdzam fakt). Nie było mnie stać na udział w kursie online z prawdziwego zdarzenia (czyli zagranicznym), w związku z tym robiłam, jak umiałam najlepiej! Filmy nagrywałam telefonem komórkowym, który stał na parapecie, oparty o skomplikowaną konstrukcję z pudełek i inne wspomagacze. Nie miałam, oczywiście, mikrofonu, a światło dzienne wydawało mi się zupełnie wystarczające. Nie przyszło mi do głowy, żeby uczesać się jakoś inaczej albo umalować, w efekcie w każdym filmie wyglądałam tak: (Ubrać się inaczej do nagrania w każdym filmie również nie przyszło mi do głowy). Koniecznie zwróć uwagę na czarne paski znajdujące się po lewej i po prawej stronie zdjęcia. Tak – do głowy mi nie przyszło, by filmy nagrywać telefonem ustawionym w poziomie. Jak się domyślasz – filmiki wyglądały tak sobie. Stronę sprzedażową do kursu stworzyłam samodzielnie i byłam z niej BARDZO DUMNA! (Jeśli chcesz, możesz ją zobaczyć TUTAJ – wciąż jest dostępna). To była moja pierwsza w życiu strona sprzedażowa! Wtedy jeszcze nie miałam zielonego pojęcia, jak w przyszłości będą wyglądały moje strony z opisami programów, tworzone przez moją graficzkę Natalię. Dla porównania – moja obecna strona z ofertą kursu wygląda TAK. Widać różnicę, co? KRYTYKA JEST CZYMŚ DOBRYM Nie da się ukryć, że bywam dosyć mocno krytykowana. Możecie być tego nieświadome, bo przecież nie ujawniam każdego mejla z krytyką. Wiele osób krytykuje sposób, w jaki działam, mój wygląd, styl, w jakim piszę artykuły, tematy moich artykułów, a nawet kierunek mojego rozwoju (czasem czytam zarzuty, że się „komercjalizuję” – kiedyś byłam taka „naturalna”, a teraz wszystko jest takie „ładniejsze”). Krytykę znoszę ciężko. Najlepiej wie o tym mój mąż (z autopsji, ale też dlatego, że widzi, co się ze mną dzieje). Krótkoterminowo strzelam focha i myślę sobie: „Spadaj”. Długoterminowo krytyka we mnie pracuje, choć nie oznacza to, że automatycznie zgadzam się z każdą krytykującą mnie osobą i wprowadzam sugerowane przez nią zmiany; raczej zastanawiam się, czy faktycznie jestem na dobrej drodze. Sprawdzam i analizuję. I nawet jeśli niczego nie zmienię. bo uznam, że wszystko jest OK, i tak cenię sobie takie chwile zatrzymania się. Oczywiście odróżniam krytykę od hejtu. Z założenie nie przyjmę krytyki od kogoś, kto mnie obraża, i kogo celem jest ubliżenie mi, a nie pomoc. HEJT TO WYZNACZNIK SUKCESU Tak przynajmniej twierdzą niektórzy. Gdy po raz pierwszy spotkałam się z hejtem, gratulowano mi, bo ponoć posiadanie hejtera oznacza bycie prawdziwą blogerką. No cóż, jak dla mnie to dziwny wyznacznik sukcesu. Hejt i hejtowanie są dla mnie raczej sposobami na sprawdzenie swojego poczucia humoru i dystansu do siebie. Hejtowanie albo mnie, albo tego, co robię, jest dla mnie okazją do sprawdzenia, jak mocno stoję na własnych nogach; okazją do sprawdzenia, czy mam swoje zasady – i czy chcę się ich trzymać, oraz sposobem na przetestowanie wewnętrznej spójności. Od razu przyznam, że nie jestem w tym najlepsza. Przejmuję się hejtem, choć nie powinnam. Przejmuję się tak socjologicznie, po ludzku. Nie chodzi nawet o to, że ktoś hejtuje mnie czy moją pracę; bardziej dziwi mnie fakt, że są na świecie ludzie, którzy tak po prostu, bez żadnej żenady mają ochotę dać Ci po mordzie i nie odczuwają z tego powodu żadnego wstydu czy wyrzutów sumienia. Swoją drogą – podobnie dziwią mnie ludzie, którzy otwierają okno w samochodzie i bez żenady wyrzucają śmieci na chodnik. BĘDZIESZ OCENIANA – CZY TEGO CHCESZ CZY NIE Jest to coś, do czego można przywyknąć. Będziesz karmić się ocenianiem pozytywnym. Będziesz płakać, gdy ktoś Ci dokopie. Ludzie nie zapytają, czy chcesz usłyszeć ich opinie; wręcz przeciwnie – założą, że powinnaś je usłyszeć. I bez jakiejkolwiek żenady zaczną je wygłaszać. Nie wnikając w to, co napisałaś, nie próbując zrozumieć, a czasem nawet nie czytając! Po prostu: uznają, że mają swoje pięć minut, więc dorzucą swoje trzy grosze. Jak na przykład pani, która z mojego tekstu o tym, czego nie robię w święta, wywnioskowała takie coś (pisownia oryginalna): o przykre, ze masz takie podejście ze względu na synow. Co oni wyniosą z rodzinnego domu? Swieta będą wspominali jako czas spędzony w bałaganie, jedząc suchary w dresie? no sorry, ale swieta sa raz do roku, wiec chyba nie zaharujesz się na smierc Będziesz też dostawała rady, o które nigdy nie prosiłaś. I informacje o tym, co ktoś zrobiłby, gdyby był na Twoim miejscu, lub co robi, będąc w takiej sytuacji jak Ty. Bynajmniej nie poczujesz się dobrze po jego radach (pisownia oryginalna): gdyby moje okna miał myć ktoś, kto nie mieszka na co dzień w moim domu, czy w ogóle sprzątać NASZ SYF za nas, to chyba bym się ze wstydu zapadła pod ziemię A CZASEM PO PROSTU RĘCE OPADAJĄ Są sytuacje, których nie umiem, a nawet nie chcę zakwalifikować do żadnej z kategorii. Pamiętacie, gdy napisałam o tym, że jestem feministką? W odpowiedzi dostałam wtedy taki mejl (pisownia oryginalna): Przykro mi, ale znowu nie zrozumiała Pani idei małżeństwa i wykazała się również totalnym brakiem zrozumienia męskiej psychiki, a Panią czy rzeczywiście podnieca mężczyzna piorący zafajdaną pieluszkę np albo w fartuszku przy zmywaniu garów? W małżeństwie nie ma partnerstwa, są role męska i kobieca, każda na swój sposób piękna i uzupełniająca się. Partnerstwo jest w spółce z Chyba, że tym jest dla Pani małżeństwo. Gdyby kobieta pozwoliła męzczyźnie zarabiać na wszystko, nie musiałaby pracować na dwa etaty. Zmuszając mężczyznę do latania ze ścierką dosłownie kastruje go Pani. Kobieta ma mieć mężczyznę, którego mogłaby autentycznie podziwiać. Proszę wyobrazić sobie Gombrowicza myjącego sedes, no proszę. Nie wiem jak Ty, ale ja bez problemu umiem sobie wyobrazić Gombrowicza myjącego sedes 🙂 W poniedziałek z kolei, gdy wysłałam do Was newsletter z tapetami na pulpit od Pani Swojego Czasu, dostałam taką oto wiadomość (pisownia oryginalna): Polecane tapet na pulpit z pani wizerunkiem to gruba przesada i narcyzm. NIeh pani tym zagubionym kobietom poleci żeby własne zdjęcia ustawiły na pulpit, może bedą mądrzejsze Ręce opadają, bo pani nawet nie raczyła otworzyć pliku z tapetami, a już wystosowała swoją opinię. Gdyby je otworzyła, zobaczyłaby, że nie ma tam nawet kawałka mojej twarzy. Ale poza tym rada bardzo dobra i jak najbardziej ją polecam: ustawcie sobie zdjęcie własnej twarzy na pulpit! Może niekoniecznie będziemy od tego mądrzejsze, ale poziom miłości własnej na pewno wzrośnie 🙂 WTOPY, WPADKI I PORAŻKI Bardzo żałuję, że nie zbierałam ich na bieżąco, bo na pewno dysponowałabym sporą kolekcją. Dla mnie jedną z największych porażek jest to, że czasem działam niezgodnie ze swoimi zasadami. Od razu jednak chciałabym wyjaśnić, jak rozumiem porażkę. Dla większości osób porażka to coś, czego należy się wstydzić, co należy głęboko ukryć, o czym należy zapomnieć. A najlepiej udawać, że tego nie ma. Dla mnie porażka to dowód, że jestem człowiekiem, że czasem miewam słabszy dzień, że czasem mi się nie chce. Nie jestem idealna i nie działam idealnie. I porażki się zdarzają. Czasem z lenistwa, czasem z niewiedzy, a czasem z zachłanności. Urodziny PSC, które teraz obchodzimy, zaliczam do kategorii wtop, ponieważ nie zostały przygotowane odpowiednio wcześniej. Wszystkie byłyśmy na wakacjach i dopiero po powrocie (a wróciłyśmy tydzień temu) stwierdziłyśmy, że będziemy świętować urodziny. Wszystko było robione na ostatnią chwilę! Ten artykuł jest kończony we wtorek rano, a na blogu ukazuje się w środę! Porażka jak nic! Inne porażki wynikały z niewiedzy. Flagowym potknięciem na tym polu jest pierwsza edycja planera Pani Swojego Czasu. Po pierwsze – kompletnie niedograna kwestia współpracy. Teraz wiem doskonale, jak powinna wyglądać, ale wiem tylko dlatego, że mam za sobą złe doświadczenia. Po drugie – kwestie logistyki, pakowania, wysyłki itp. Słabo mi się robi, gdy przypomnę sobie, że w grudniu samodzielnie wysyłaliśmy setki paczek. Kompletnie nie byłam wtedy świadoma, że można inaczej (dzisiaj magazynowaniem, pakowaniem i wysyłką planerów zajmuje się specjalnie do tego celu wynajęta firma logistyczna). Jednocześnie wraz z moim gangiem byłyśmy tak zajęte innymi kwestiami, że do głowy nam nie przyszło, by w sensowny sposób usprawnić nasze działania (swoją drogą to bardzo dobrze pokazuje, jakie są negatywne skutki działania w biegu – dopóki się nie zatrzymamy i spokojnie nie sprawdzimy, co się dzieje, wymyślamy dziwne usprawnienia, które często tylko pogarszają sprawę. Przypomina mi to historię Jeffa Bezosa, właściciela firmy Amazon, który razem ze swoim zespołem pierwsze paczki dla klientów pakował na podłodze magazynu. Byli bardzo zajęci, pracowali non-stop, a gdy zaczęli narzekać, że bolą ich kolana, Jeff – zamiast kupić stoły i zwiększyć komfort pracy – wpadł na pomysł nabycia… ochraniaczy na kolana (żeby wygodniej im się klęczało). [BG I] Wpadki pierwszego razu Autor Wiadomość Semaj Posty: 72Podziękowania: 2/3Skąd: BGiF i TH Jolan Dziecię BhaalaBendem go zjadł Wiek: 26 Posty: 699Podziękowania: 58/107 Kliwer Wiek: 33 Posty: 1426Podziękowania: 153/242 Eerie Diabelstwo Wiek: 25 Posty: 98Podziękowania: 3/10 Wysłany: 2015-02-01, 03:40 Jolan napisał/a: Przyznać się, kto za pierszym( drugim i trzecim) nie czytał notki od Goriona i przegapił, że jest dzieckiem Bhaala-martwego boga ? Ja dopiero po jakimś czasie je zacząłęm czytać :D Wcześniej nie wiedziałem, że Gorion coś po sobie zostawia i że jest sens to zbierać. Hehehe, a ja pamiętam swoją pierwszą grę w BG1 :D Nie wiedziałem, że ta gra ma otwarty świat: jak wyjdziesz z mapy po północnej stronie, to przechodzisz do lokacji na północy, po południowej stronie idziesz na południe etc. Myślałem, że gra jest liniowa (chyba pierwsze RPG w jakie zagrałem w życiu :D) i że lokacje trzeba przechodzić wzdłóż, każdą po kolei :D Czytałem opisy i stwierdziłem, że zagram półelfim łowcą. No i tak ten mój półelfi łowca wraz z samą Imoen jako towarzyszką (Xzara i Montiego jakoś ominąłem, nie wiem nawet jak) zamiast iść do Pod Pomocną Dłonią, szedł coraz bardziej na wschód. Po drodze Imoen zginęła, a ja szedłem dalej samotnym łowcą na 1lvl. Lokacja z pająkami, które omijałem bo nie mogłem ich pokonać, czerwonych magów też ominąłem (zabili mnie dość szybko przy pierwszym podejściu, na szczęście już wiedziałem, że można saveować i loadować), potem Gullykin i Most Firewine. Oczywiście nie wchodziłem do podziemi, nie wykonywałem questów i nie walczyłem tylko uciekałem, bo solo postacią na 1lvl było ciężko. Chciałem po prostu przejść. Potem skręciłem na zachód i myślałem że teraz trzeba będzie iść cały czas wszerz na zachód. No to szedłem. Beregost, w knajpie Feldeposta jakiś gość chciał mnie wyrzucić z knajpy, więc poszedłem grzecznie bo nie chciałem z nim walczyć, u Firebeada kupiłem ciężką kuszę i trochę bełtów i się cieszyłem żę mam fajną broń, bo w końcu ciężka kusza. I będę walił z dystansu! Na lokacji z sirinami już nie dawałem rady jak się baby robiły niewidzialne i zatruwały mojego 1lvl łowcę :D Wtedy już nie dałem rady i przestałem grać. Zagrałem jeszcze raz od nowa. No, skoro one tak fajnie się robiły niewidzialne, to może by tak zagrać magiem? Będzie fajnie. I grałem magiem. Szło mi średnio. No, przynajmniej odkryłem, że mogę decydować o tym, w którym kierunku chcę podróżować, zależnie od tego od której strony wyjdę z mapy. Doszedłem do Pomocnej Dłoni. Tarnesh akurat nie był zbyt trudny, po kilku loadach dawałem radę, a potrafił rzucić lustrzanki albo horrora. Bardzo lubiłem czar chromowa kula, szkoda że nie zwracałem uwagi na jej wadę jaką jest możliwość wykonania rzutu obronnego. Doszedłem do Nashkel tym magiem z pełną drużyną, w gospodzie była ta kapłanka-zabójczyni. Nie pamiętam, jak się nazywała, na pewno coś na N. Może Neera? Dawno nie grałem w jedynkę. Podczas walki przez przypadek trafiłem kogoś postronnego. Nie wiem, czy miałem dostęp do jakiejś obszarówki wtedy, może walnąłem jej z różdżki błyskawic albo po prostu źle kliknąłem? Nie wiem, nie pamiętam. W każdym razie wszyscy zrobili się czerwoni, ja ich wyzabijałem, bo to w końcu wrogowie. Potem wyszedłem na zewnątrz, a tam strażnicy atakują i łowcy głów się pojawiają. Myślałem, że ta zabójczyni stoi po stronie Amnu i że zabijanie jej rozzłaszcza ludność. Tak więc omijałem tą gospodę :P Wiele razy zaczynałem grę od nowa, rzadko zachodziłem daleko. Czasem zabijałem gości z Płomiennej Pięści dla płytówek, bo w końcu droga i dobra zbroja. Ach, ta duma gdy każdy w teamie kto mógł nosić płytówkę, miał ją. A reputacja była Pogardzany, patrole Płomiennej Pięści mnie ścigały, a ceny zwiększone 10x. Nie było mnie stać na zwykłą halabardę. Znowu zacząłem od nowa. W Kopalni Nashkel się zgubiłem, nie znalazłem przejścia dalej i myślałem że dalej już kopalni nie ma. W ekwipunku była ta trucizna koboldów oraz zatruta ruda, to myślałem że o to chodzi w tym queście, to wróciłem się przez całą kopalnię do burmistrza, chcąc dać mu te 2 itemy żeby zaliczyć questa :D Zabiłem Prisma, bo nie wiedziałem żę można go ochronić przed Szarym Wilkiem i że to się opłaca bo Varscona. Odkryłem zalety postaci wieloklasowych, ale nie doczytałem, że zdobywają one exp wolniej. Tak więc grałem wojownik/mag/kapłan z pełnym 6 osobowym teamem. Wreszcie przeszedłem Kopalnie Nashkel, potem udało mi się nawet przejść Obóz Bandytów, a potem byłem w Kniei Otulisko i się dziwiłem, czemu wszyscy już poawansowali na jakieś levele, a moja postać nadal ma 1lvl i w ogóle tak mało exp :D Nie dałem rady pokonać tej drużyny przy wejściu do kopalni, więc znowu zacząłem od nowa. Postanowiłem zagrać jednoklasowym magiem. Wtedy już zaczęło mi iść dobrze. W Beregoście miałem jakieś 900 exp i byłem wniebowzięty, bo to w końcu tak dużo w porównaniu z tą trzyklasową postacią :D Dobiłem do końca kopalni. Nie mogłem pokonać Davaorna. Przez bardzo długi czas był on niepokonanym bossem. Dopiero za którymś razem nie wyszedł mu rzut obronny i drużynowy kapłan rzucił ciszę i facet nie mógł rzucać czarów. Wtedy go pokonałem, a jak padł to głośno krzyknąłem "JEST!", aż się mamusia zdziwiła gdy usłyszała z innego pokoju taki okrzyk radości. A w kolejnych podejściach już chodziłem na łatwiznę. Zwój ochrony przed magią od Thalantyra, rzucamy na wojownika, idzie on przodem i zabija z łatwością Davaorna, a reszta teamu czeka przy wejściu. Nie wiedziałem, że można rzucić ten zwój na wroga i jest jescze lepiej. Ach, ten OP przedmiot :D Przy pierwszym podejściu jakoś ominałem ten wielki zamek uciekając przed wrogami. Potem jakoś nie ciągnęło mnie tam. Thalantyra i jego dobroci odkryłem dopiero dużo później. Już jako ten mag. To było tak, że najpierw zabiłem Davaorna i zdobyłem szatę złego arcymaga. Potem dopiero odnalazłem Thalantyra i ze zdziwieniem oraz radością stwierdziłem, że szata dobrego oraz neutralnego arcymaga również istnieje. To dobrze, bo grałem akurat praworządnym neutralnym, bo taki fajny charakter się wydawał. We Wrotach Baldura nie mogłem za nic pokonać drużyny na najwyższym piętrze Żelaznego Tronu. A w magazynie w dokach był bazyliszek. Nie wiedziałem, że można się przed jego wzrokiem bronić. Taktyka była prosta: najpierw kapłan idzie przodem, rzuca rozkaz zanim bazyli zaatakuje, jak wyjdzie rzut obronny to load. Jak nie wyjdzie to bazyli jest nieprzytomny i wszyscy atakują ze wszystkiego. Jakoś wychodziło. Otruli mnie i nie wiedziałem, jak się odtruć. Zabiłem tego gościa, który mówi że zostaliśmy otruci, a on miał antidotum. Myślę "No to ok", wypijam, myślę że jestem odtruty. Ale było zdziwienie gdy się dowiedziałem, że jednak nie. A potem ignorowałem wiadomości że czuję się coraz gorzej. Ale było me zdziwienie, gdy moja drużyna nagle w całości deadła w jednej chwili. Potem odkryłem opcję eksportowania oraz importowania. Wczytałem ostatniego sejwa na tym magu, eksport, import przy nowej grze i zaczynam w Candlekeep z magiem 4lvl i jakimś ekwipunkiem. Potem podczas gry mag awansuje, a potem jak już grałem to zawsze zaczynałem już od Candlekeep magiem na 9lvl :D Czytałem strony internetowe i wyczytałem, że Płaszcz Algernona można ukraść i jest fajny. Odkryłem griumar charyzmy, który wcześniej ominąłem w Twierdzy Gnolli. Śnieżny wilk był ultratrudnym przeciwnikiem. Grałem na multiplayerze (tylko ja, grając jak singleplayer, po prostu chciałem mieć same swoje postacie) ze swoim wyeksportowanym magiem z 9lvl, Abdelem wyeksportowanym z mission pack save oraz stworzonym przez siebie magiem/złodziejem o imieniu Dalmas Headshoter którego levelowałem od początku :D Pewnego razu popłynąłem na wyspę wilkolaków, ale miałem (to było zanim mag wskoczył na 9lvl, trochę teraz tak niechronologicznie wrzucam) niskie poziomy i nie umiałem sobie poradzić i utknąłem w martwym punkcie. Szedłem do Wieży Durlaga na łatwy exp w postaci 2k za Horrora bitewnego. Pójść kapłanem naprzód, rzucić oplątanie, jak się nie uda to load i do skutku. Potem nawalać w niego z dystansu. Nie wiedziałem, jak łatwo można wbijać exp na sirinach albo bazyliszkach. Ciągle chciałem wracać do Candlekeep. Wyczytałem, że trzeba przynieść książkę. No, ale była masa książek, więc wziąłem jakąś z jakiejś szafki w czyimś domu i ze zwykłą książką wróciłem do Candlekeep, żeby wejść. Z klas to najbardziej lubiłem maga oraz kapłana. Cały czas uparcie twierdziłem, że charyzma jest bardzo mało potrzebna i do niczego się nie przydaje i lepiej dać na coś innego. Miałem postać z charyzmą 3. Ale wylosowały się bardzo dobre rzuty. Wyobraźcie sobie maga 18/18/18/18/17/3 A Gorion przy próbie ataku rzuca sztyletem i zabija, ale jakoś mi się udawało go zabić importowanym magiem na 9lvl. Naszyjnik pocisków to bardzo fajny amulet. Pan "Jestem śmiercią, która przyszła po ciebie. Poddaj się, a nie będziesz cierpieć" był trudnym przeciwnikiem, ale z pomocą strażników Amnu się udawało. Nie znałem też wielu smaczków gry. Aha, no i na jarmarku kupowałem zwój zamiany kamienia w ciało za 500. Próbowąłem walczyć z Shandalarem. Szybko mnie kosił. Ale potem czar polimorfowanie siebie, zamiana w galaretę musztardową z ponad 100 odp. na magię i jazda samym magiem, reszta teamu czeka. Cwaniak się teleportuje na koniec. Raz doszedłem bardzo daleko, bo aż do walki końcowej. Ale Sarevoka w świątyni utłuc nie potrafiłem, to dałem sobie spokój. Stwierdziłem, że Wrota Baldura to zajebiste miasto i w ogóle mój ulubiony fragment gry to 5 rodział. Więc poszedłem w 1 rozdziale do lokacji z mostem przed wejściem do Wrót Baldura, przeteleportowalem się kodem na drugą stronę i przechodziłem questy swoim importowanym magiem oraz mając Imoen, Quayle i Ajantisa. Taki skok do 5 rozdziału, bo nie chciało mi się robić wszystkiego po drodze, a tak lubiłem Wrota Baldura :D Potem odkryłem modyfikację Opowieści z Północy Wybrzeża Mieczy, a skusiło mnie zniesienie blokady expa oraz epickie przedmioty i czary. Mój importowany mag nie był już dłużej ograniczony do 9lvl. Kodem zaawansowałem do 40lvl i dodałem sobie masę op przedmiotów. Po jakimś czasie doszedłem do wniosku że taka gra nie ma sensu i już zawsze zaczynałem nową postacią z 0 exp, żadnego importowania. Dawne czasy. No dobra, przyznawać się: kto miewał takie gafy jak ja? :D _________________ L`f Uczeń Gonda Wiek: 31 Posty: 1373Podziękowania: 288/150 Wysłany: 2015-02-01, 14:48 Eerie, oficjalnie stwierdzam, że pobiłeś wszystkich dotychczas piszących w tym temacie. Tylu okrutnych przygód z BG to chyba mało kto doświadczył. :P Z Twojego postu nie wynika bezpośrednio, ale zakładam, że tymi postaciami, których już nie importowałeś (tylko zaczynałeś z 0 XP), udało Ci się już przejść grę do samego końca. ;> Eerie napisał/a: w gospodzie była ta kapłanka-zabójczyni. Nie pamiętam, jak się nazywała, na pewno coś na N. Może Neera? Bardzo blisko - Neira. :P W sumie kiedy było ogłoszenie, że jedna z NPC-ek z EE będzie miała na imię Neera, na parę sekund się zawiesiłem, bo myślałem, że dołączą tę łowczynię głów. Później sobie przypomniałem, że jednak trochę inaczej się nazywała. Moje początki nie były tak imponujące - za to za BG zabrałem się jakieś 2 lata po premierze. Możecie sobie wyliczyć, w jakim byłem wieku. :P Dodam, że był to mój pierwszy cRPG, więc kompletnie nie miałem pojęcia, po co są wszystkie wartości w karcie postaci. Tym miałem się zainteresować dopiero później. ;) Stworzyłem paladyna (bo uznałem, że gra szlachetnym rycerzem będzie fajna) i - nie znając konwencji baldurowych imion - nadałem mu boskie imię Niebieski Feniks. Pamiętam, że chciałem jak najdłużej zostać w Candlekeep, bo mi się podobało i byłem dość ostro wkurzony, że każą mi z niego iść. Po wykonaniu wszystkich misji spędziłem tam jeszcze dobrych parę godzin, żeby sobie połazić i upewnić się, że na pewno nic już na mnie tam nie czeka (oczywiście Ochrona przed złem od Elvenhaira zdążyła z pięć razy wygasnąć, więc nie miałem nawet złudzeń, że to mi coś pomoże - a nie wiedziałem jeszcze, że i tak wygasa :P). Potem udałem się do Goriona i wyruszyliśmy... a jak tylko go zabili, to wiedziałem, że popełniłem błąd, a staruszek się mylił i powinienem był tak naprawdę pozostać w cytadeli. :> Polubiłem Imoen jako pierwszą postać przyłączalną - bo jako pierwsza chciała mi w ogóle pomagać. Pamiętam, że łaziłem po obszarze z zabójstwem Goriona jak kretyn, bo nie wiedziałem, jak z niego wyjść - ale jednocześnie starałem się unikać wilków i niedźwiedzi, bo były jeszcze za silne. Dobrze że załatwiłem mojemu Feniksowi jakiś porządny ekwipunek (zbroję paskową mu chyba kupiłem, do tego półtoraka, hełm i pawęż - nie wiedziałem, że istnieje Klasa Pancerza, więc nie mogłem się dziwić, że maleje), więc walkę w jego wykonaniu można było jeszcze nazwać walką, a nie rzeźnią (jego, nie przeciwników, oczywiście ;>). Imoen trzymałem na dystans, choć nie wiedziałem, co zrobić, gdy się jej skończyły strzały - chyba nie brała wtedy w ogóle udziału w walce. Mimo że usilnie szukałem sposobu na uruchomienie mapy świata i wyjście z obszaru, ominąłem Chase'a skaczącego z klifu (do teraz nie wiem, jak). Wróciłem na gościniec, spotkałem Xzara i Montarona, dołączyłem ich - uznałem, że są zarąbistymi kompanami, bo dali mi miksturę. :P Potem szukałem wyjścia razem z nimi - i wtedy już zabiłem trochę wilków. W końcu ogarnąłem, że jak najeżdżam kursorem na krawędź mapy, to się zmienia kursor, a po kliknięciu zamiast czterech pól pojawia się jedno. Voilà! Opuściłem obszar! Kolejną lokację chciałem przejść jak najszybciej. Nawrzucałem Elminsterowi i ruszyłem naprzód, trzymając się drogi (żeby na jakieś wilki nie wpaść, albo cholera wie co). Mając w pamięci wskazówkę Goriona, na rozdrożach ruszyłem na północ i - nie zbaczając z gościńca - poleciałem jak głupi do krawędzi obszaru. W międzyczasie napatoczył się Aoln (z tym, co gadał, wydał mi się jakimś mistrzem przetrwania), który powiedział, że w okolicy zabił ogra maga. OGRA MAGA?! Kurde. Przeświadczony o tym, że trzymanie się ścieżki było najlepszą z moich dotychczasowych decyzji, udałem się prosto do skraju mapy i od razu stamtąd uciekłem (bo już wiedziałem, jak się opuszcza obszar). Pod Pomocną Dłonią poczułem się prawie jak w Candlekeep - spokojnie, bezpiecznie, żadnych potworów. Spartoliłem zadanie z Joią (bo pusto w sakiewce i się domagałem zapłaty) - już nie pamiętam, czy wczytywałem, żeby to poprawić, czy dopiero za drugim razem mi się to udało. Jeśli nie, to tym lepiej - uniknąłem traumatycznej potyczki z hobgoblinami. Paradoksalnie Tarnesh nie był problemem - zaskoczył mnie, ale chyba jakimś cudem zabiłem go za drugim czy trzecim razem. Wewnątrz - obowiązkowo dowaliłem Khalida i Jaheirę, sądząc, że będą mi konkretnym wsparciem - jak się rozczarowałem, gdy się okazało, że gość ma tyle samo PŻ, co mój paladyn, a jego żonka nawet mniej - wtedy siłę postaci mierzyłem w punktach życia. :P To takie wsparcie mi tatuś zapewnił? Niemniej jednak uznałem, że lepsza para takich noobków jak ja niż puste sloty w drużynie (podział doświadczenia między członków drużyny - co to takiego?), zabrałem ich ze sobą. Zwiedziłem sobie pięterko, a później drugie. Ominąłem kolesia od pantalonów, przyjąłem questy od Unshey i Landrin - z tym, że krasnoludkę olałem, bo po wszystkim skierowałem się od razu w stronę Beregostu. Byłem już trochę odważniejszy, jeśli chodzi o walkę, ale nadal wolałem trzymać się ścieżek. No, może czasami trochę połaziłem po bokach. :P Beregost już słabiej pamiętam. Spuściłem manto Marlowi u Feldeposta, choć nie obyło się bez ofiar - kogoś mi pobił pięściami do utarty przytomności, chyba Jaheirę albo Imoen. Ogólnie ominąłem masę domków, bo mi te mordy z drużyny zaczęły marudzić, że natychmiast muszę iść do Nashkel. Zostałem tylko, żeby załatwić sprawę z Garrickiem - na początku oczywiście dałem się zwieść Silke i zabiłem Faltisa i resztę - ale później naszły mnie wątpliwości. ;) Wczytałem, po czym w bólach, trudach i po mnogości loadów załatwiłem Tespijkę. Garrick chciał do nas dołączyć - super! Wymienię go za Xzara, ten upośledzony mag ma tylko jeden czar i CZTERY punkty życia (Po co w ogóle grać z magami? Najgorsza klasa w grze!). Ale wyszła lipa - bo zostawił mnie też Montaron. Zreflektowałem się i po krótkich kalkulacjach wyszło mi, że sześć to więcej niż pięć... ale kurczę, Garrick musi być lepszy niż Xzar, który nawet nie umie machać mieczem i nosić zbroi. O ile pamiętam, wywaliłem nekromantę na pożarcie pająkom z domku Landrin. Wtedy miałem kompletną drużynkę. :P Jaheira twarzy nie zamyka, Montaron też coś chrzani, więc kurs - Nashkel. O ile pierwszy obszar drogi tamże przeszedłem banalnie - prosta ścieżka w dół - o tyle na drugim przypadkiem zboczyłem z drogi i się zagubiłem - zacząłem iść bez przerwy na południe. O dziwo, o czym się później dowiedziałem, ominąłem dzięki temu hobgobliny. ;) W Nashkel nie bardzo ogarniałem. Gdy wszedłem do świątyni Helma, Montarona trafił szlag i zaatakował mi harfiarzy. ;> Jako że dwoje to więcej niż jeden, siłą nierozerwalnej miłości małżeńskiej i ciosów zwykłego Miecza długiego +0 i takiej samej Maczugi (!) nizioła zatłukli. Uznałem to chyba za zrządzenie losu, bo nie wczytywałem gry. ;) Jakimś cudem zabiłem żołnierzy z koszar. Przyłączyłem Minsca - oczywiście nie ogarnąłem, że zlecił mi jakiś quest. Później dopiero zauważyłem, że chciał, żebym zabijał z nim gnolle. GNOLLE? Ja z gibberlingami miałem problemy, pseudołowco z niepodręcznikową Mądrością! No dobra - to wymyśliłem teraz, wtedy nie wiedziałem, że ma za niską. :P Zbyłem Edwina albo go zabiłem (niewielka różnica, tylko dwie literki), nie pamiętam już - w każdym razie jakiś taki podejrzany mi się wydawał. Co smutne, wkurzył mnie Noober - więc zabrałem mojemu Feniksowi broń i kazałem go zaatakować z pięści, żeby nie zabić, ale go jedynie przestraszyć/ogłuszyć. Niestety, miałem włączone SI drużyny, a obok stała Imoen... kurde, w potwory to nigdy nie trafiała, ale biednego Noobera ustrzeliła na śmierć za pierwszym razem. Smutno było, bo jak to tak, żeby paladyn napotkane osoby zabijał - ale że stan zapisu miałem gdzieś daleko, to nie wczytałem. :P Hura! Dotarłem do kopalni, moja drużyna wreszcie się zamknie! Przez pierwsze pół godziny głowiłem się, jak tam wejść, bo ścieżka mi się wydała jakaś dziwnie kręta i nie mogłem tam dotrzeć. Jak już tam wlazłem, przez wszystkie korytarze szedłem na ślepo, regularnie mnie też zabijały koboldy, bo każdy członek mojej noobowatej sześcioosobowej drużynki miał pierwszy poziom. Podziwiam swoje samozaparcie, że jakoś dotarłem do przejścia dalej - chyba dlatego, że myślałem, że to koniec kopalni. A tam drugi poziom... o masakra. Tam szedłem jeszcze bardziej na ślepo i jeszcze bardziej zestrachany o swoje życie niż wyżej. Miałem szczęście - i dość szybko natrafiłem na ścieżkę prowadzącą dalej. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie podniósł paru flaszek z trucizną i jednej nie wypił - komuś permanentnie obniżyłem Kondycję, nie pamiętam, komu. Nieistotne zresztą, i tak bym nie zauważył. Co dalej? Na trzecim poziomie szedłem chamsko na wprost. Na moście do drugiej połowy poziomu trafiłem na pułapki (Co to jest wykrywanie pułapek? Co to jest rozbrajanie pułapek? - co ciekawe, rozbrajać pułapki nauczyłem się kompletnie przypadkiem przy chyba siedemnastym rozpoczęciu BG I - i pierwszym, które doprowadziłem do końca ;>). Pułapki... cóż, dla pierwszopoziomowców były śmiertelne, więc liczebność mojej grupy znacząco zmalała. Próbowałem to ominąć, szukałem innej ścieżki na przejście dalej, ale na próżno. Wreszcie posłałem naprzód dzielnego Niebieskiego Feniksa - może on się nie zawaha, może jego strzały, kule ognia, czy co tam jeszcze było, nie trafią!... Trafiły. Umarł. Dałem sobie spokój. Tak oto na wieki poległo pierwsze z Dzieci Bhaala, którego los wziąłem w swoje ręce. :P Nauczony doświadczeniami, wiele razy wracałem do BG I. Minęło wiele czasu, zanim dowiedziałem się, co to jest TraK0 i po co są plusiki przy broniach. Nauczyłem się chodzić po pobocznych lokacjach, spotkałem Thalantyra - to że nic u niego nie kupiłem, bo było za drogo, to inna sprawa. Poznałem piękno awansu na kolejne poziomy. Doceniłem magów. Zagrałem wieloklasowcem i stwierdziłem, że gra się lipnie - bo jak to tak, żeby pół Twojej drużynki było na 3. poziomie, a Ty na 1. :P Po iluś próbach stworzyłem reminiscencję z Niebieskiego Feniksa - paladyna Venidona - i wspólnie z nim pokonałem Sarevoka po raz pierwszy... a później jeszcze i Irenicusa, bo tak mi się dobrze grało. :> _________________AshfncaeicaliuheangfkacgakfgegcalgfcalhfcamhlhKi~.! Eerie Diabelstwo Wiek: 25 Posty: 98Podziękowania: 3/10 Wysłany: 2015-02-01, 22:41 Cytat: Jaheira twarzy nie zamyka, Montaron też coś chrzani, więc kurs - Nashkel. O ile pierwszy obszar drogi tamże przeszedłem banalnie - prosta ścieżka w dół - o tyle na drugim przypadkiem zboczyłem z drogi i się zagubiłem - zacząłem iść bez przerwy na południe. O dziwo, o czym się później dowiedziałem, ominąłem dzięki temu hobgobliny. ;) Heh, ja też początkowo chodziłem na południe w tej lokacji na przełaj :D A do moich gaf można zaliczyć jeszcze to, że myślalem, że Silke mówi o sobie "Jestem Silke, nadzwyczajna lesbijka". Myślałem, że ona jest lesbijką, a nie Tespijką. _________________ Geralt Riv Wieśmin Wiek: 23 Posty: 145Podziękowania: 4/9 Wysłany: 2015-09-23, 17:52 Może też dodam swoje 3 grosze. Pamiętam, że podczas tworzenia postaci, kompletnie nie wiedziałem, po co jest losowanie skoro można samemu zmieniać staty. No więc pozmieniałem, a wyglądało to tak(grałem wojem) - "Tu, trochę tu, aha, inteligencja też się przyda. Co to charyzma? Pewnie jakieś szajstwo dam na minimum. Siły troszkę więcej, no i jest!". Przy biegłościach było podobnie. Prolog, jak i całą grę, uaktywniałem na bieżąco. To znaczy, że nie szukałem questów tylko parłem na przód. Trudność przeciwnika oceniałem "po wielkości". Czyli jak zobaczyłem gnolla lub hobgoblina, to bez zastanowienia wczytywałem i omijałem łukiem sądząc, że jak narazie jestem za słaby na takie stwory. Moja pierwsza gra skończyła się na etapie tego maga pod pomocną dłonią, jako, że nie mogłem go pokonać. Druga, na etapie Neiry z Naschkel. Trzecia skończyłaby się na etapie Davaevorna z kopalni, gdybym nie poznał kodów(stworzyłem armię Drizztów), na szczęście nie przeszłem w ten sposób całej gry, jako że miałem format komputer(na całe - mój Boże - szczęście). Później radziłem sobie przednio. Aha, i jeśli chodzi o motyw z armią Drizztów, to na początku postanowiłem załatwić sprawę trochę bardziej honorowo(przesadziłem z tym słowem) i przywoływałem konsolą grimuary, aby dopakować wszystkich członków drużyny, WSZYSTKIE statystyki. Nie dałem rady i tak. Zabijałem wszystkich kupców sądząc, że będą mieli swoje towary. Męczyłem się dość długo, aby poukradać cenne przedmioty. Szczyna mi opadła gdy się okazało, że nie przyjmują kradzionego towaru. Grzecznie wyszedłem na prośbę maga z wysokiego żywopłotu. _________________"Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza... jednym jesteś ty" Ostatnio zmieniony przez Geralt Riv 2015-12-09, 14:32, w całości zmieniany 1 raz Tuth Wiek: 33 Posty: 38Podziękował 2 razySkąd: Przechlewo Wysłany: 2015-09-24, 11:33 Moje pierwsze doświadczenie z grą było u kolegi (choć widziałem ją wcześniej), który dostał ją od brata. Mieliśmy wtedy po 11-12 lat (1999-2000) i średnio wiedzieliśmy co robimy. Nawet większość nazw przekręcaliśmy, nie czytając dokładnie np. Bladur's Gate, Savok itd. Swoją pierwszą postać stworzyłem właśnie grając u kolegi. Człowiek wojownik z cepem bojowym, którym spacerowałem i wykonywałem zadania w Candlekeep. Co ciekawe oboje z kolegą nie potrafiliśmy znaleźć księgi Phlydii. Oglądałem jak kumpel grał i zaszedł do Kniei Otulisko, ale używał Gatekeepera (nazywanego przez nas Gatek-eper), bo jak to twierdził "Nie chcę mi się łazić bez złota i w ćwiartkowanej zbroi na początku". Pamiętam, że męczył się z Hamadriadą, która zauroczyła mu jedną z jego przepakowanych postaci (Minsc bodajże) i musiał kombinować żeby nie powybijał mu reszty drużyny. Sam zacząłem grać na swoim komputerze kilka miesięcy później i kolega dużo mi podpowiadał. Stworzyłem człowieka kapłana, bo "to takie połączenie maga i wojownika" z charakterem chaotyczny zły, bo fajnie brzmiało, chociaż nie przyłączałem złych postaci. Pamiętam, że dałem mu maksymalną siłę, nie zwracając szczególnej uwagi na resztę cech. Drużynę miałem opartą na tej, którą widziałem u kolegi: Imoen, Jaheira, Khalid, Kivan i Xan. Wiedziałem o Branwen jeszcze, ale nie miałem dość złota, żeby ją uwolnić. Większość zadań pomijałem i bałem się chodzić po pobocznych lokacjach. W Obozie Bandytów straciłem Khalida i kolega polecił mi Ajantisa. Ostatecznie zatrzymałem się w kopalni Kniei Otulisko, gdzie Hareishan błyskawicą kosiła mi większość drużyny. Do dziś pamiętam jak niechętnie przerwałem grę, po wielu próbach. To było moje pierwsze doświadczenie z grą, później zaczęła się zabawa z Gatekeeperem, pierwsze ukończenie gry, obserwowanie jak siostra gra, poznanie większości lokacji i zadań, dodatek "Opowieści z Wybrzeża Mieczy", mody, próby grania w multiplayer i ostatecznie powrót do grania "jak za starych czasów", ale to opowieści na inną okazję. _________________Release, revolve, renew. memory Gwiazda Mystry Wiek: 47 Posty: 813Podziękowania: 208/184Skąd: Garwolin Wysłany: 2018-05-06, 06:26 Moją naprawdę pierwszą postacią był W/M/Z. Myślałem, że przechytrzyłem ograniczenie zdobywanego doświadczenia i w każdej klasie uciułam po 89 tysięcy. Ale to wcale nie była ta wpadka, hehe. Zaraz po spotkaniu z Imoen rozpocząłem przeszukiwanie obszaru i natknąłem się na wilka... który zabił mnie swoim pierwszym atakiem. Byłem w takim szoku, że uznałem grę za przesadnie trudną i zacząłem raz jeszcze. Tym razem postanowiłem odpuścić finezyjne rozwiązania i postawiłem na krasnoludzkiego wojownika z najwyższymi możliwymi Siłą, Kondycją i Zręcznością (żeby już żaden wilk mi nie przyfikał). Grało się nieźle, tylko przyłączane do drużyny postacie ginęły jakoś za łatwo, a mnie nie było stać na wskrzeszanie ich w świątyni. Aż tu pewnego dnia, dopiero co odpaliłem grę, wszedłem do jednego namiotu na Jarmarku, a tu jakiś agresywny mag zabił mi Imoen, zanim sam zginął. Strasznie się wtedy podłamałem, bo Imoen już od poprzedniej gry (hehe) była bliska memu sercu. Wpadłem więc na pomysł, że posunę się do oszustwa... Moje rolplejowe serce krwawiło... ale wczytałem grę i utłukłem dziada bez straty Imoen. I wtedy nagle mnie olśniło! Przecież ja mogę zapisywać grę nie tylko, gdy kończę sesję. I mogę sobie wczytywać i zapisywać i wczytywać i zapisywać. Ile dusza zapragnie. Aż z radości rozpocząłem grę po raz trzeci. I wreszcie ją ukończyłem. Ale prawdę powiedziawszy, to dziś mam, bolesną w skutkach, tendencję do zapominania o zapisywaniu w trakcie gry. _________________Slainte mhath! Dark Akolita Tempusa Wiek: 33 Posty: 993Podziękowania: 28/58 morgan Exiled Bard Posty: 5556Podziękowania: 465/316Skąd: Island of Misfit Toys Wysłany: 2018-05-06, 10:39 Heh, bazyliszki. Przypomniała się mi moja pierwsza na nie taktyka - "oślepiają wzrokiem, więc skryty w cieniu zajdę je od tyłu, walne i odskoczę" (grałem W/Z). Pierwszego nawet udało się mi ubić (był na 2 ciosy), ale drugi - wciąż będąc tyłem - już mnie spetryfikował. Ja miałem więcej szczęścia, bo w moim ekwipunku była jakaś Mikstura lustrzanych oczu. _________________Pozdrawiam \m/organu\m/ \m/agnu\m/ Kontakt ze mną - via mail (morgan19[at] lub GG (9928331) Szukał długo...długo, tajemnie, nie zwierzając się ludziom. Oczy jego były rozświecone wewnętrznym odbłyskiem jasnej idei. Szukał.... - i to, na co patrzał, nie zadowalało go. Gdzie? (...) Trwożnie, pytająco usiłował wszystko poznać, zobaczyć... Nie ma.... badał, wgłębiał się, szukał... Nie ma, w ludziach nie ma, w ich myślach, tworach... Wszystko szare, przeciętne, monotonne.... (...) wszystko obszedł... w społeczeństwie, w ludziach, nigdzie. a może źle szukał? nie - ależ nie. Obszedł wszystko, wszystko widział, wszędy pytał.... a może jest za brutalny? może jego dusza - ta harfa Eola - ma za grube struny, by na nich mogły zadrgać i zafalować subtelne tajemnice? nie. przecież ten błysk, przecież czuł, dlatego szukał......." I jeśli kiedykolwiek umrę – a wiem, że umrę w bardzo krótkim czasie – umrę, zgłębiwszy ten świat z bliska i z daleka, z góry i z dołu, ale z nim nie pogodzony. Umrę i On zapyta mnie wówczas: «Czy było ci tam dobrze, czy źle?» Ja zaś będę milczeć, opuszczę wzrok i będę milczeć. Niemota taka znana jest wszystkim, którzy zebrali żniwo wielodniowego i zapamiętałego pijaństwa. Czyż bowiem życie ludzkie nie jest chwilowym otępieniem duszy, a także jej zaćmieniem? Wszyscy jesteśmy jakby pijani, każdy na swój sposób; jeden wypił mniej, inny więcej. I na różnych różnie to działa: jeden śmieje się światu w twarz, a inny skłania głowę na piersi tego świata i płacze. Jeden już się wyrzygał i jest mu dobrze, a innego dopiero zaczęło mdlić. A cóż ja? Wiele zaznałem, ale nic nie zdziałałem. Nigdy się nawet tak naprawdę nie roześmiałem i ani razu mnie nie zemdliło. Ja, który doznałem w tym świecie tyle, że tracę rachunek i zapominam kolejności – ja jestem najtrzeźwiejszy z całego świata; na mnie to wszystko marnie działa... «Dlaczego milczysz?» – spyta Pan, spowity w błękitne błyskawice. A co ja mu powiem? Nic, tylko będę milczeć i milczeć... Ta łza nie jest wyrazem żalu, ta łza nie jest smutkiem, to łza ... nieporadności, bolesne piękno, bezsilność bezkresu piękności i minimalistycznych możliwości. Ta łza, to łza niewolnika. Chcę czuć, móc czuć piękno zamknięty w szklanej łzie ... Ja umieram na zawsze szczelnie zamknięty w podświadomości, zatruty, zawstydzony, zaszczuty ... Ja umieram na zawsze. To bezkres palety odczuć zamknięty w zubożałości możliwości ... Ja umieram na zawsze. Lost Illusions Tavern Impressiones maiores || (post)Impressiones Cattæ | Impressiones Ænigmællæ | Impressiones Foliællæ Corpus Tuum (18+) | Impressiones Rosellæ || Impressiones maximæ || Impressiones amorosæ | Anti- et postimpr. amorosæ Hiperestezja | Witold Zimmer | (N)e(u)rotica Jvegi napisał/a: Nie, nie można się cieszyć, że mamy nową formę sponsorowania developmentu, szansę na spełnienie tych marzeń o prawdziwej ewolucji crpegów, gier lepszych niż baldury czy arcanum. Nobanion[Usunięty] memory Gwiazda Mystry Wiek: 47 Posty: 813Podziękowania: 208/184Skąd: Garwolin Wysłany: 2018-05-06, 19:22 Bazyliszki spotkałem po raz pierwszy mając już chyba w zanadrzu Ochronę przed petryfikacją (tylko nie wiem, zieloną czy niebieską). Pamiętam, że zaskoczyłem tym znajomych, którzy uważali, że bazyliszki można pokonać tylko przyłączając Koraxa (łatwy sposób), lub powalając je Śmierdzącą chmurą (trudniejszy sposób). Na marginesie dodam, że chłopak, który opracował taktykę ze Śmierdzącą chmurą i bronią dystansową, twierdził też, że znalazł diament w dziupli drzewa. Odsądziliśmy go od czci i wiary, bo nie potrafił już nigdy potem odnaleźć tego drzewa . Kilka lat mi zajęło, żeby zwrócić mu honor... _________________Slainte mhath! nowus777 Uczeń Gonda Wiek: 33 Posty: 677Podziękowania: 79/116Skąd: Warszawa Damianus_NT beamdog hater Wiek: 32 Posty: 349Podziękowania: 115/26 Jesteś singielką i chcesz wreszcie kogoś poznać. Właśnie umówiłaś się na swoją pierwszą randkę, ale zaczynasz panikować. Boisz się, że nowa znajomość skończy się na jednym spotkaniu. Tylko spokojnie, wiedz, że strach przed pierwszym spotkaniem na żywo to powód, dla którego wielu singli rezygnuje z randek. Tak być nie musi! Potraktuj pierwsze spotkanie jako tzw. randkę zero, która pozwoli określić, czy jest między wami przepływ intelektualny, seksualny, czy jest "to coś" Poradniki przedstawiają żelazne zasady dotyczące spraw, których lepiej nie poruszać na pierwszej randce. Problem w tym, że wiele z nich to zwykle te, które są nam bliskie i mamy na ich temat wiele do powiedzenia Twoje potknięcie może się komuś wydać nie tyle żenujące, ile po prostu zabawne. Pozwól sobie na drobne wpadki, ale nie pozwól, by związana z nową sytuacją trema pokrzyżowała ci plany Więcej artykułów znajdziesz tutaj Tekst ukazał się z okazji Dnia Randki, który obchodzimy 27 maja. Z naszych rozmów z singlami wynika, że jednym z najczęstszych powodów, dla których odwołują randki, jest strach przed spotkaniem na żywo. Zupełnie niepotrzebnie, bo jeśli niczego nie ubarwialiśmy i byliśmy całkowicie szczerzy podczas rozmów online, to czy mamy się czego obawiać? Jeśli nie możesz przestać myśleć o tym, jak wypadniesz lub czy w ogóle warto poświęcać czas na to spotkanie, poznaj zasadę numer jeden, która brzmi: pierwsza randka to tzw. randka zero. Randka zero w zasadzie nie jest randką, a koleżeńską weryfikacją, czy między dwojgiem jest chemia. Randka zero pozwala określić, czy jest między wami przepływ intelektualny, seksualny, czy jest "to coś". A co najważniejsze — określa, czy jesteśmy ciekawi danej osoby, czy nie. Podejdź do niej z dystansem i po prostu nie daj się zwariować. Pierwsza randka to nie egzamin! Gotowa? A teraz kilka zasad, które powinnaś mieć z tyłu głowy, jeśli wciąż się nieco stresujesz: 1. Nie ukrywaj zdenerwowania za wszelką cenę Jeśli czujesz, że kompletnie nie panujesz nad sytuacją, po prostu mu o tym powiedz. Przecież nikt od ciebie nie wymaga, byś była wytrawną randkowiczką, która zawsze i w każdej sytuacji wie, co robić i jak się zachować. Denerwujesz się, że on zauważy twoje drżenie rąk? Powiedz mu o tym, obróćcie to w żart. Uwierz w to, że dla faceta pierwsza randka jest tak samo stresująca. Nie tylko ty jesteś podenerwowana. A fakt, że kobieta jest nieco onieśmielona, a bardzo zależy jej na tym spotkaniu, to dla każdego mężczyzny komplement. 2. Mów o rzeczach ci bliskich Prawie każda para, która ma się spotkać po raz pierwszy, ma problem z tym, jakie poruszać wtedy tematy. Wiele poradników przedstawia żelazne zasady dotyczące spraw, których lepiej nie poruszać na pierwszej randce. Problem w tym, że wiele z nich to zwykle te, które są nam akurat najbliższe i mamy na ich temat wiele do powiedzenia, jak np. praca, która wypełnia zdecydowaną większość naszego dnia. W porządku, możecie o niej porozmawiać. Pamiętaj tylko, aby nie przedstawiać jej w zbyt negatywnym świetle. Nie wypadniesz zbyt dobrze, jeśli już na pierwszym spotkaniu skupisz się na narzekaniu i marudzeniu. Nie wpłynie to też zbyt dobrze na atmosferę randki. Postaraj się mówić o tym, co jest bliskie twojemu sercu, co ci się podoba w tym, co robisz. Twój towarzysz na pewno doceni to, że wiesz, czego chcesz i potrafisz się temu poświęcić. 3. Patrz mu w oczy Uciekający wzrok nie budzi w nikim zbytniego zaufania. Nawet, jeśli jest to dla ciebie bardzo trudne i wymaga wiele wysiłku, spróbuj co jakiś czas zerknąć osobie, która ci się podoba, prosto w oczy. Nieśmiałe, pełne wdzięku i niepewności spojrzenie może obudzić w twoim wybranku skrajne emocje :) Dodatkowo, jeśli dostrzeże twoją tremę, być może poczuje, że powinien wziąć sprawy w swoje ręce i pomoże ci się przełamać. 4. Pokaż, że go słuchasz Nie musisz doskonale znać się na temacie, który on porusza. Pokaż jednak, że interesuje cię to, o czym mówi. Nie martw się i nie wpadaj od razu w panikę tylko dlatego, że on z pasją nawiązuje do bieżącej polityki albo ostatnich przełomowych wydarzeń w świecie najnowszych technologii. Jeśli przed spotkaniem udało ci się dowiedzieć, czym się zajmuje czy interesuje, spróbuj poszukać w internecie jakichś informacji na ten temat — lepiej zrozumiesz, o czym mówi, a jeśli coś wtrącisz, zabłyśniesz :) Nie musisz wchodzić w żadną dyskusję czy polemikę. Wystarczy, że okażesz zainteresowanie swoimi gestami. Gdy on mówi, nie rozglądaj się leniwie dookoła, bawiąc się od niechcenia kosmkiem włosów. Nie składaj rąk na piersiach — okażesz w ten sposób znudzenie. To nie tylko nie przełamie między wami lodów, a wręcz odwrotnie — obniży temperaturę spotkania do minimum. W sytuacji podbramkowej najlepiej się po prostu uśmiechnąć i rozładować sytuację - 5. Porażkę obróć w żart Podczas randki masz mnóstwo okazji, by pokazać się z jak najlepszej strony i zdobyć serce "swojej randki". I tyle samo, by pozwolić, by zawładnęła tobą paraliżująca nieśmiałość. Albo co gorsza, by popełnić jakąś gafę, której rzecz jasna nigdy sobie nie wybaczysz. Cóż, nikt nie jest idealny. Przypomnij sobie, ile twoich ulubionych scen filmowych dotyczy właśnie jakiejś wpadki, która jest równocześnie początkiem wielkiej miłości. Twoje potknięcie może się komuś wydać nie tyle żenujące, ile po prostu zabawne. Pozwól sobie na drobne wpadki, ale nie pozwól, by związana z nową sytuacją trema pokrzyżowała ci plany. W sytuacji podbramkowej najlepiej się po prostu uśmiechnąć i rozładować sytuację. 6. Poczuj się pewna przed randką Tu sprawa jest prosta. Po prostu zadbaj o to, byś dobrze się czuła sama ze sobą. A więc: seksowny, ale wygodny strój i lekki makijaż. Idź dzień wcześniej do kosmetyczki albo fryzjera. Nie musisz robić wielkich rewolucji — wystarczy, że poczujesz się lepiej, nieco bardziej atrakcyjna, odświeżona. Podczas spotkania nie będziesz się zastanawiać, czy dobrze wyglądasz — skupisz się na tym, co najważniejsze. Przed wyjściem z domu możesz na rozluźnienie wypić lampkę wina. Jedną lampkę! Nie przesadź z ilością alkoholu ani przed, ani w trakcie randki. Skutki mogą być niezbyt przyjemne — zarówno dla ciebie, jak i dla twojego towarzysza. Spotkaj się lub zadzwoń do przyjaciółki, mamy, koleżanki. Niech przypomną ci swoje pierwsze randki i pomogą ci się przygotować do spotkania — umalować, dobrać buty czy torebkę. To na pewno doda ci otuchy. 7. Nie oczekuj zbyt wiele Ta myśl może zrujnować wasze spotkanie już w pierwszych minutach. Oczywiście, najchętniej spotkałabyś się z kimś, kto okaże się świetnym kompanem, partnerem na dobre i złe. Pamiętaj jednak, że możecie być z kompletnie innych planet. Jeśli o tym zapomnisz, będziesz spięta i nie pokażesz swojego prawdziwego oblicza. Potraktuj pierwszą randkę jak dobrą zabawę. Nie stawiaj sobie za cel, że tu i teraz poznasz miłość swojego życia. To się raczej nie uda. Nie układaj też czarnych scenariuszy — tak, to trudne, ale postaraj się myśleć pozytywnie. Albo jeszcze lepiej — nie nastawiaj się na nic. Jeśli randka okaże się wspaniałym doświadczeniem, tym większą będziesz miała niespodziankę. Dodaj do powyższych zasad trochę uprzejmości, nieco skromności i dużo uśmiechu. Patrz na sytuację z dystansem i po prostu nie daj się zwariować. Pierwsza randka to nie egzamin! Źródło:

wpadki podczas pierwszego razu